Obserwuj bloga przez email

Jak przygotować się do lotu - 5 porad

Jak przygotować się do lotu - 5 porad

Loty samolotem i pobyt na lotnisku mogą być całkiem stresującym przeżyciem nawet dla osób, które latają często. Długie kolejki, przedłużająca się odprawa czy zmiany bramek i bieganie po terminalu zdarzają się częściej niż mogłoby się wydawać. Zwłaszcza ostatnimi czasy kiedy latanie bardzo się spopularyzowało i wiele osób wybiera właśnie ten środek transportu aby dostać się do innych krajów lub nawet przemieszczać się po Polsce. Dlatego postanowiłam dla Was przygotować listę moich sprawdzonych porad na sprawniejsze i przyjemniejsze loty. Pewnie większość tych porad będzie dla samolotowych wyjadaczy oczywista, ale czasem zapominamy właśnie o tych najbardziej podstawowych sprawach.


1. Bądź na lotnisku wcześniej
Ja lubię być na miejscu 2 lub 2,5 godziny przed odlotem, w zależności od tego czy lecę bez bagażu rejestrowanego czy też z nim. Biorę też pod uwagę lotnisko z którego odlatuję. W Polsce jest to Warszawa Modlin i tam zazwyczaj nie potrzeba zbyt wiele czasu, gdyż lotnisko jest maleńkie i gdy przejdziemy przez kontrolę jesteśmy już przy bramkach. Natomiast zagraniczne lotniska, z których najczęściej przyszło mi latać to Malaga, Edynburg i Glasgow - wszystkie są naprawdę duże i czasami dojście do bramki potrafi zająć do 20 minut. Jeśli do tego nie znacie lotniska warto dołożyć sobie kilkanaście dodatkowych minut. Ja zdecydowanie wolę być przed czasem i usiąść na spokojnie w kawiarni lub pobuszować po strefie bezcłowej niż biegać z obłędem w oczach, przepychając się między ludźmi. Bierzcie również pod uwagę termin, w którym podróżujecie - latem lotniska w typowo wakacyjnych miejscowościach będą obładowane do maksimum, a przed świętami czy sylwestrem większość lotnisk będzie przepełnionych ludźmi. Gorąco polecam oszczędzanie sobie stresu i przygotowanie się już wcześniej.

2. Spakuj rozsądnie bagaż podręczny

Przemyślenie i dokładne spakowanie mojego bagażu podręcznego jest dla mnie ważne przy każdym locie, który odbywam. W końcu są to rzeczy, które będę towarzyszyły mi podczas jego trwania. Co zatem znajdziecie w mojej podręcznej torbie?

Guma do żucia - mój niezbędnik na czas startu i lądowania samolotu. To wtedy zmienia się ciśnienie co możemy odczuć jako lekko nieprzyjemne zatykanie uszu. Można wtedy przełykać ślinę, ale z doświadczenia wiem, że u mnie miętowa guma sprawdza się dużo lepiej.

Kosmetyczka - nie zabieram ze sobą zbyt wiele, ponieważ moje loty nie są zbyt długie, ale ostrzegam, że powietrze we wnętrzu samolotu wysusza skórę w tempie ekspresowym. Zazwyczaj latam zatem bez makijażu, po wylądowaniu i tak wyglądał w większości przypadków okropnie. Przesuszenie skóry i drzemki robią swoje. Ja zabieram mały (30 ml) krem do rąk, balsam do ust i krem nawilżający lub olejek. Do tego dorzucam paczkę chusteczek oraz żel antybakteryjny i jestem gotowa.

Butelka z filtrem - jak większość z Was pewnie wie, nie możemy mieć w bagażu podręcznym płynów powyżej 100 ml. Oczywiście wyklucza to zabranie ze sobą wody mineralnej czy jakiegokolwiek napoju. Ale nie wyklucza to zabranie pustej butelki o dowolnej pojemności. Butelkę z filtrem możecie napełnić sobie w toalecie na lotnisku (ale nie w samolocie - nie pijcie podczas lotów ciepłych napojów serwowanych przed stewardessy - woda w samolotach jest naprawdę fatalna, lepiej zostać przy butelkowanych napojach). Nie dość, że taka butelka to fajne, ekologiczne rozwiązanie (tak dla mniejszej ilości plastiku!) to również ekonomiczne. Ceny za wodę mineralną na lotniskach potrafią przyprawić o zawrót głowy - w Warszawie jest to ok. 7 zł za pół litra. Z mojego doświadczenia wynika, że sytuacja przedstawia się najlepiej na brytyjskich lotniskach, gdzie różnica
to ok. 20-50 pensów, ale wciąż posiadanie takiej butelki jest moim zdaniem najlepszą opcją.

Przekąski - wiele osób zapomina, że na pokład samolotu możemy wnosić swoje własne jedzenie. Warto o tym pamiętać, bo wszelkie przekąski, tak jak i woda potrafią kosztować na lotnisku kilkukrotnie więcej. Na krótkich lotach nie gra to aż takiej roli, ale np. lot z Malagi do Warszawy trwa 4 godziny. Kiedy dołożymy do tego czas spędzony na lotnisku to daje nam ok. 6 godzin. Wybierając jedzenie, które zabierzemy ze sobą warto pomyśleć o naszych współpasażerach. Wierzcie mi, że siedzenie obok osób otwierających sobie mocno “pachnący” pasztet należy do wątpliwych przyjemności. Naprawdę można przeżyć te kilka godzin bez ukochanej kanapki z jajkiem czy kiełbasą. Ja zazwyczaj stawiam na coś neutralnego jak paluszki lub kanapki z serem czy chudą wędliną. Fajną opcją są też orzeszki.

Elektronika - loty potrafią się dłużyć zwłaszcza kiedy latacie sami. Ja mam przy sobie zawsze telefon, laptopa i słuchawki. Można zabrać również tablet lub czytnik ebooków - bierzcie co macie i co najlepiej wypełni Wam czas. Ja odkąd mam lekkiego laptopa zawsze stawiam na niego. Świetnie nadaje się do pisania - brak internetu = brak rozproszenia lub oglądania filmów i seriali. Warto również przygotować sobie jakąś fajną playlistę. Podczas startu i lądowania laptopy muszą być schowane, więc jest to dla mnie moment, kiedy mogę posłuchać muzyki - nie zapomnijcie tylko ściągnąć sobie playlisty na telefon, jeśli używacie Spotify lub Tidala.

Książki i gazety - jeśli nie macie czytnika tak jak ja, możecie po prostu zabrać ze sobą fajną książkę lub gazetę. Staram się nie kupować magazynów o modzie, które kiedyś absolutnie uwielbiałam, ale dla przelotów robię wyjątek. Mam chorobę lokomocyjną, więc czytanie w samochodzie odpada, ale w samolocie nie mam tego problemu dlatego z radością zanurzam się w lekturze. Dobrą opcją są też różnego rodzaju sudoku, krzyżówki i łamigłówki jeśli lubicie tego typu rzeczy :)

Maseczka do spania + zatyczki do uszu - niezbędne przy dłuższych lotach oraz tych nocnych lub bardzo wczesnych. Dla mnie zaśnięcie przy zapalonym świetle graniczy z cudem dlatego zawsze wrzucam taką maseczkę do torebki. Zatyczki nie są dla mnie konieczne, czasem ich rolę spełniają dla mnie słuchawki, ale jeśli traficie na małego, przestraszonego pasażera gdzieś w pobliżu to mogą się przydać.

3. Rozważ wykupienie priority line


To dla mnie najnowsze odkrycie. Warto przemyśleć taką opcję jeśli podróżujecie z bagażem rejestrowanym, wtedy można wykupić cały pakiet priority za niewielką dopłatą. W Ryanair zapłaciłam za takie udogodnienie jedynie dodatkowe 5 euro, w Polsce to ok. 30 zł, a ma to sporo plusów. Po pierwsze możecie zabrać dodatkową torebkę na pokład - idealną na te wszystkie drobiazgi, które wymieniłam w punkcie nr 2. Noszenie paszportu w tylnej kieszeni jeansów lub wyciąganie go za każdym razem z walizki nie jest najwygodniejsze. Po drugie możecie wybrać sobie miejsce, w którym chcecie siedzieć. Te najlepsze (pierwsze rzędy i te przy wyjściach ewakuacyjnych, z dodatkowym miejscem na nogi) są niedostępne, ale dla mnie nie ma to aż takiego znaczenia. Najbardziej zależy mi na tym, aby nie siedzeć w środku. Czuję się wtedy maksymalnie niekomfortowo. Zazwyczaj stawiam na miejsce przy oknie - dobre do drzemania i podziwiania widoków, gorzej z wycieczkami do toalety. Tak czy siak nieszczęsnego środka unikam jak ognia. Po trzecie macie priorytet przy wejściu na pokład. Warto pamiętać, że na pokładzie mieści się tylko 90 bagaży podręcznych, a reszta jest wysyłana do luku bagażowego. Jeśli macie w swojej walizce laptopa lub aparat, to warto mieć pewność, że nie będziecie zmuszeni do zabierania go na pokład w reklamówce, jak to kiedyś przydarzyło się mojej przyjaciółce.

4. Odpowiednio się ubierz
Ja polecam ubieranie się na cebulkę, np. T-shirt plus sweter. Ciężko przewidzieć jaka temperatura będzie panowała w samolocie, czasem jest gorąco a czasem wręcz przeciwnie. Dodatkowo miękki sweter można wykorzystać jako poduchę. Ja zazwyczaj biorę też ze sobą szalik (oczywiście jeśli przyda mi się również po wylądowaniu). W końcu szal = poduszka! Warto założyć również wygodne buty. Jeśli pogoda mi na to pozwala zakładam miękkie trampki - nie trzeba ich zdejmować w trakcie kontroli. Jeśli zdecydujecie się na coś z metalowymi elementami, np. botki, pamiętajcie o sensownych skarpetkach. Niby głupota, ale jak trzeba przeparadować przed tłumem ludzi w skarpetach z dziurą na placu, której nie zauważyliście rano po ciemku, to robi się trochę wstyd ;) Do tego oczywiście polecam stawiać na komfort. Spotkałam kiedyś na lotnisku dziewczynę, która opowiedziała mi historię, kiedy postanowiła założyć do samolotu szpilki. Bardzo pożałowała swoje decyzji, kiedy okazało się, że jej bramka jest na drugim końcu lotniska.

5. Pamiętaj o dokumentach i bilecie!
Absolutnie podstawowa sprawa i bez tego ani rusz! Możecie zapomnieć o gumie do żucia, wodzie czy szaliku, ale bez paszportu czy biletu zwyczajnie nigdzie nie polecicie. Ja mój bilet mam zawsze na telefonie, ale jak ktoś chciałby mieć całkowity spokój ducha to możecie sobie jeszcze dodatkowo taki bilet wydrukować. Kolejna sprawa to dokument. Niezależnie od tego czy bierzecie ze sobą paszport czy dowód osobisty - sprawdźcie jego datę ważności. Wszystkie dokumenty trzymajcie zawsze przy sobie, w końcu są ważne nie tylko w trakcie podróży.

To co? Głeboki wdech, zapinamy pasy i lecimy w przestworza :) Pamiętajcie, z lotami i lotniskami jest jak ze wszystkim w życiu - im więcej latacie tym jest Wam łatwiej. 

Wiosenne nowości w mojej kosmetyczce

Wiosenne nowości w mojej kosmetyczce

Muszę przyznać, że moje przerwy w blogowaniu stają się coraz dłuższe i bardzo mi się taki stan nie podoba. Energia, którą miałam na początku roku postanowiła mnie opuścić i przez cały luty i marzec moja kreatywność i chęć tworzenia czegokolwiek była bliska zeru. Z końcem marca poczułam jednak chęć na zabawę makijażem i testowanie nowych produktów. Wybrałam się zatem do drogerii i skorzystałam z promocji 3 za 2 na kosmetyki do makijażu. Tym sposobem do mojej kosmetyczki wpadło kilka nowości, którymi chciałabym się z Wami podzielić.
Nowością , która najbardziej rzuca się w oczy jest oczywiście paleta cieni do powiek Makeup Revolution Chocolate Rose Gold. Czekoladowe paletki od MUR są ich zdecydowanie najpopularniejszymi, ale do tej pory nie zdecydowałam się na zakup żadnej z nich. Dopiero Chocolate Rose Gold sprawiła, że moje serce zabiło mocniej. Zachwyciły mnie nie tylko kolory, ale również opakowanie. Czyż ten metaliczny efekt nie jest piękny?

Kolejny cień, który dołączył do mojej kolekcji to L'oreal Eye Paint w kolorze 205 Cocky Bisque. Cały czas poszukuję metalicznego cienia w szampańskim odcieniu, który sprawi, że makijaż będzie pięknie rozświetlony. Połyskujące cudo L'oreala zachwyca odcieniem, ale zobaczymy jak będzie z jego trwałością.

Ostatnią nowością do makijażu oczu jest tusz do rzęs L'oreal Paradise Extatic. Widziałam sporo recenzji, zarówno na polskim, jak i zagranicznym youtube i od tamtej pory bardzo chciałam ten tusz przetestować. Mam nadzieję, że faktycznie będzie tak dobra, jak wszyscy mówią :)
Jeśli chodzi o makijaż ust to ostatnimi czasy królują u mnie matowe pomadki w płynie. Nie mogłam więc odmówić sobie zakupu nowości od marki Maybelline, czyli Matte Ink w odcieniu 80 Ruler. Tę szminkę miałam już okazję potestować i mogę powiedzieć tylko jedno - jest fantastyczna! Chyba skuszę się też na inne odcienie ;)

Płynnych pomadek z Nyx używam już od jakiegoś czasu i bardzo lubię je za konsystencję i ogromny wybór kolorów. Dlatego, kiedy zobaczyłam, że wypuścili linię Soft Matte Metallic Lip Cream od razu złapałam mój ulubiony kolor, czyli Rome. Nie wiem czy będzie z tego miłość, ale staram się czasem wyjść z mojej comfort zone i przetestować coś zupełnie odmiennego.

Na fali wychodzenia z mojej makijażowej comfort zone kupiłam też lip topper. Tak, sama jestem w szoku, ale kiedy zobaczyłam w drogerii te drobinki (sroka!), po prostu nie mogłam mu się oprzeć. I tym sposobem Holografic Lip Topper od Barry M, w odcieniu Spellbound trafił do mojej kosmetyczki. I chociaż nie jest ani trochę holograficzny, to ma przepiękne, iskrzące głównie na różowo drobinki.

Ostatnim i zarazem najnowszym szminkowym zakupem jest pomadka Bourjois Rouge Edition w kolorze 17 Rose Millesime. Takie wykończenie to dla mnie kompletna nowość - połysk i niepełne krycie to coś po co wcześniej nie sięgałam. Jednak zainspirowana delikatnymi makijażami w tylu glow postanowiłam dać jej szansę.
Na koniec mamy dwa kosmetyki, które raczej nie wpasowały się motyw usta-oczy, który zdecydowanie dominuje wśród moich nowości. Mamy tutaj nowy produkt do brwi, czyli L'oreal Brow Artist Plumper w kolorze Medium Dark. To typowy żel do brwi, który nadaje im kolor i utrwala. Świetnie nadaje się do stosowania z pudrem do brwi lub solo, jeśli zależy nam na bardziej naturalnym efekcie.

I na koniec produkt, który zawłądnął internetem - korektor Makeup Revolution Conceal and Define w kolorze C1. Jeśli chodzi o korektory to mam swoich ulubieńców, więc nie podekscytowałam się zbytnio na wieść o nowym korektorze MUR. Jednak wszechobecne zachwyty, niska cena i łatwa dostępność w UK sprawiły, że skusiłam się na niego. Na razie jest w fazie testów i nadal nie wiem czy jest fantastyczny czy jednak wolę moich starych ulubieńców.

To już wszystkie nowości, które zagościły ostatnio w mojej kosmetyczce. Uzbierało się tego całkiem sporo i już nie mogę się doczekać testowania wszystkich kosmetyków. Na pewno dam Wam znać, które się sprawdziły, a które zawiodły.

A jakie kosmetyki Wy ostatnio kupiłyście? Dajcie znać w komentarzu!

Podsumowanie miesiąca + małe cele na marzec 2018

Podsumowanie miesiąca + małe cele na marzec 2018


Dopiero co kończyliśmy poprzedni rok i ściągaliśmy świąteczne ozdoby, a tu już powoli puka do nas marzec i zwiastuje koniec zimy. Ten koniec zimy jest dla mnie tylko taki w teorii, bo w Szkocji akutalnie mamy śnieżyce i prawdziwą zimę, co tutaj się praktycznie nie zdarza. Korzystam więc na maksa z tych niespodziewanych ilości śniegu, ale w głębi duszy czekam już na wiosnę.

Dwa pierwsze miesiące 2018 roku zleciały mi tak szybko, jakbym tylko mrugnęła i już ich nie ma! Styczeń został przyćmiony przeprowadzką, pożegnaniami, powitaniami i całą masą zmian. W lutym miałam nadzieję, że uda mi się wypracować rytm i lepiej się zorganizować, ale niestety nie pozostaje mi nic innego jak przyznać się do całkowitej porażki. Nowa praca pochłonęła mnie całkowicie i cały miesiąc minął mi na treningu i nauce. Niestety ucierpiało na tym wiele innych aspektów życia, jak blog czy sensowna dieta.
Jestem osobą, która bardzo potrzebuje w miarę stałego rytmu i te dwa ostatnio miesiące kompletnie mnie tego pozbawiły i tym samym rozbudziły we mnie lenia. Na szczęście powoli układam sobie wszystko krok po kroku i z nadzieją spoglądam na nowy miesiąc.

Moje małe cele na marzec 

  • Wyjść ze strefy komfortu
W marcu postanowiłam zrobić coś nowego i zapisałam się na spotkanie dla instagramerów z Edynburga. Wizja wyjścia z gdzieś z grupą ludzi, których komplenie nie znam dosłownie mnie przeraża, ale postanowiłam nie dać się temu uczuciu i wyjść ze swojej strefy komfortu. W końcu najgorsze co może się zdarzyć to "zmarnowane" 2 godziny z życia. Mam jednak nadzieję, że będę się dobrze bawiła i miała okazję poznać ciekawych ludzi.
  • Przeczytać minimum dwie książki
W lutym wybrałam się do moje lokalnej biblioteki i przepadłam! Od dziecka uwielbiałam czytać, ale chęć na książki nachodzi mnie falami. Teraz jestem w fazie pt. "czytaj ile wlezie", więc staram się z tego stanu korzystać jak tylko mogę. W lutym przeczytałam dwie książki i zaczęłam trzecią i chcialabym utrzymać taką częstotliwość również w marcu.
  • Wrócić do regularnego pisania bloga
Jest mi niesamowicie przykro, że tak zaniedbałam bloga w zeszłym miesiącu. Kompletnie nie mogłam zmobilizować się do tworzenia jakichkolwiek treści. Na szczęście ta zła passa i poczucie wszechogarniającego lenistwa powoli odchodzi, więc zaczynam działać! Jeszcze w lutym zmieniłam szablon na blogu. Poprzedni nie do końca mi się podobał i zniechęcało mnie to do publikowania. Z pomocą przyszła niezastąpiona Karolina z bloga Karografia! To właśnie ona jest autorką tego pięknego motywu, który nazywa się Chloe i możecie kupić go tutaj.
  • Odwiedzić nowe miejsce w Edynburgu
Pewnie sami wiecie jak ciężko jest być turystą we własnym mieście. Ale po sześciu miesiącach rozłąki, obiecałam sobie, że tym razem zacznę częściej zwiedziać nieznane mi miejsca w stolicy Szkocji. Może to być muzeum, restauracja albo po prostu nowa dzielnica. 

Jakie są Wasze małe cele na marzec? Podzielcie się nimi w komentarzach! 
"Make Photography Easier" - recenzja

"Make Photography Easier" - recenzja


Podejrzewam, że wiele z Was miało już okazję przeczytać najnowszą książkę Kasi Tusk lub przynajmniej o niej słyszałyście i widziałyście recenzje. A opinie na jej temat, jak zresztą na temat samego bloga Kasi potrafią być bardzo zróżnicowane. Ja osobiście jestem wielką fanką jej bloga, podobała mi się również jej pierwsza książka. Rozumiem jednak zarzuty dotyczące brak realizmu, zbytnią idealizację życia i brak widocznej osobowości autorki. Mnie taka konwencja strony odpowiada, traktuję go bardziej jako hybrydę bloga osobistego i poniekąd magazynu. Blog w stu procentach spełnia moje oczekiwania, bo oczekuję od niego właśnie tego perfekcjonizmu, dozy inspiracji wnętrzarskich (mieszkanie Kasi jest bardzo w moim guście) i modowych i przepięknych fotografii. Chyba dlatego książka również je spełniła.

“Make photography easier” - dla kogo i o czym?

Rozwiejmy zatem wątpliwości i powiedzmy sobie szczerze czego można się po tej książce spodziewać. Książka Kasi to nie klasyczny poradnik dotyczący fotografii - nie znajdziemy w nim definicji ISO czy przysłony, ani podstaw obsługi lustrzanki. W książce nie ma w ogóle porad stricte technicznych, dotyczących aparatów fotograficznych ani innego sprzętu czy oprogramowania do edycji zdjęć. To nie jest książka dla doświadczonych fotografów, ani też dla laika szukającego podstawowych terminów fotograficznych i ich wyjaśnienia. Sama Kasia wspominała na swoich social mediach, że nie taki był cel jej książki i, że takich poradników na rynku jest już mnóstwo.

Do kogo zatem jest skierowana? Dla osób prowadzących konta na instagramie lub blogi lifestylowe. Dla osób, które chciałyby mieć ładniejsze zdjęcia w rodzinnych albumach, ale nie interesują się za bardzo fotografią. Dla osób, które szukają inspiracji i pomysłów na to jak sprawić, aby ich zdjęcia były bardziej klimatyczne.

Książka jest podzielona na rozdziały, które pozwalają nam w łatwy sposób znaleźć treść, której szukamy. W książce znajdziemy dużo prostych porad, które w łatwy sposób i niskim (lub zerowym) nakładem kosztów możemy zastosować od razu. Praktyczne sposoby na urządzenie mieszkania tak, aby było fantastycznym tłem do zdjęć, triki jak wychodzić ładnie i naturalnie na fotografiach czy porady dotyczące robienia zdjęć telefonem - te wszystkie elementy można znaleźć w “Make Photography Easier”.

To co najbardziej podoba mi się w książce Kasi Tusk to przystępność treści. Nawet kompletny laik będzie w stanie zrozumieć i zastosować wszystkie porady. Dużym plusem jest też dla mnie dział o fotografii telefonem komórkowym. Fantastycznie pokazuje, że nie trzeba kupować drogiego sprzętu - na domowe potrzeby wystarczy nam telefon i kilka trików. Ale moją ulubioną częścią jest rozdział o fotografowaniu naszych najbliższych, wywoływaniu zdjęć i ich eksponowaniu. Czasami zdaje mi się, że przy ogromnej modzie na fotografię typu flatlay czy fantastyczne ujęcia wnętrz czy też miejsc, zapominamy o ludziach. Zamiast 30 ujęć choinki pod różnymi kątami, warto uchwycić na zdjęciach najbliższych nam ludzi - to te zdjęcia będą miały dla nas po latach największą wartość.

A czy Wy miałyście okazję czytać już najnowszą książkę Kasi? Jakie są Wasze wrażenia?
Jak przygotować się do przeprowadzki za granicę - 7 porad

Jak przygotować się do przeprowadzki za granicę - 7 porad


Przeprowadzka do Edynburga jest moją szóstą przeprowadzką w życiu i trzecią międzynarodową. I mam nadzieję, że ostatnią, przynajmniej na dłużą chwilę, bo przeprowadzki mają to do siebie, że poza ekscytacją towarzyszy nam zazwyczaj duże zmęczenie i stres. To pierwsze ciężko zniwelować zwłaszcza, jeśli przeprowadzce towarzyszy długa podróż i dużo pakowania, ale stresu możemy się pozbyć jeśli odpowiednio się do wszystkiego przygotujemy.
Z każdą kolejną zmianą adresu zauważam, że pakowanie idzie mi szybciej, a cały proces staje się łatwiejszy i mniej stresujący. Dlatego dzisiaj chciałabym się podzielić z Wami wszystkim co sama chciałabym wiedzieć przed moją pierwszą przeprowadzką za granicę.

1. Odłóż pieniądze
Ten punkt zapewne brzmi dla większości banalnie, ale jest naprawdę ważny. Jadąc w nowe miejsce, którego realia nie są nam do końca znane łatwo jest niedoszacować ilość wydatków jakie musimy ponieść na samym początku. Mnie bardzo zaskoczyły wysokie depozyty, ceny biletów na komunikację miejską czy też ceny pewnych produktów spożywczych. Zaraz po przyjeździe może Was też czekać podpisywanie umów na telefon lub internet lub kupowanie najpotrzebniejszych drobiazgów do domu. Dlatego naprawdę warto zacisnąć pasa przed wyjazdem i odłożyć ile się da.


2. Paczki czy walizki?
W zależności od tego gdzie się przeprowadzacie warto sprawdzić co wychodzi taniej - nadanie dodatkowego bagażu czy wysłanie paczki kurierem. Ja do UK wysyłam paczki - cenowo wychodzi bardzo podobnie co ekstra bagaż, ale mam dodatkowe 10 kilo i komfort dostarczenia pakunku pod drzwi. Warto zorientować się wcześniej jakie są dokładne koszta waszych opcji, ich zalety i wady i wybrać najlepszą. Warto też pamiętać, że jeśli wynajmujecie tylko pokój to zmieszczenie dwóch czy trzech walizek może być trudne.

3. Zrób jak najwięcej przed przeprowadzką.
Zrób tzw. Research - czytaj blogi i portale na temat miejsca, do którego wyjeżdżasz. Poszukaj informacji o ubezpieczeniach, pracy, mieszkaniach. Sprawdź w jakim banku otworzyć konto i jaka sieć komórkowa jest najlepsza. Przygotuj wszystkie potrzebne dokumenty. Wiele spraw można wcześniej załatwić online, a im więcej zrobisz przed przylotem tym łatwiej będzie Ci zacząć życie na miejscu.

4. Sprawdź pogodę
Serio. Ja chciałam zabrać do Szkocji sandałki, bo wydawało mi się, że latem może być ciepło. I czasem jest, ale spokojnie te dwa ciepłe dni w roku można przeżyć w trampkach. Szczególnie istotne jeśli jedziesz gdzieś na dłużej niż miesiąc czy dwa. Sprawdź jakie temperatury panują w kraju w poszczególnych miesiącach i spakuj odpowiednie ubrania. Ja odsyłałam do Polski moje Emu, bo w Szkocji zimą temperatury oscylują koło zera i lekko ocieplane botki wystarczają, aby przetrwać chłodniejsze miesiące. Naprawdę nie warto marnować miejsca w walizce na rzeczy, których nie użyjecie, a wiedzielibyście o tym jeśli sprawdzilibyście wcześniej pogodę.


5. Pozbądź się nadmiaru rzeczy i zacznij zużywać kosmetyki
Przeprowadzka to idealny moment na przejrzenie szafy i ogólnie całego dobytku. Ograniczone miejsce w walizce czy kartonie to doskonały motywator do pozbycie się tego co nam niepotrzebne. Podziel rzeczy na te które zabierasz, te których się pozbywasz i te, które ewentualnie powędrują do domu Twoich rodziców lub bliskich. I tutaj uwaga - nie zaśmiecajcie swoim bliskim domów, oni mają wystarczająco swoich rzeczy. Ja zostawiłam u rodziców głównie książki i pewne elementy wystroju, których nie zabrałam ze sobą, ale planuję to zrobić, kiedy osiądę gdzieś na stałe. Na pewno nikt nie odmówi Wam przechowania albumów ze zdjęciami, ukochanej poduszki ozdobnej czy pudełka wspomnień. Nie zostawiajcie jednak nikomu starych, ubrań czy stosu na wpół zużytych kosmetyków. W ogóle warto przyjrzeć się ilości kosmetyków, które posiadamy, kiedy znamy już dokładną datę przeprowadzki i zacząć zużywać zapasy. Ja próbuję “wyzerować” szczególnie duże butelki - szampon, odżywkę, płyn do demakijażu czy płyn do soczewek. Nie ma nic gorszego niż tracić miejsce na wielką butlę z 1/3 zawartości.

6. Zastanów się co warto kupić na miejscu, a co warto zabrać ze sobą
Ręczniki, pościel, poszewki, koce, większe kosmetyki, np. Ulubiona odżywka. Tutaj wszystko zależy od kraju, do którego lecicie. Ja większość rzeczy wysłałam w paczce, ponieważ po przeliczeniu wyszło mi, że koszt nadania jej kurierem jest o wiele niższy niż kupowanie wszystkiego od zera, nawet jeśli zdecydowałabym się na najtańsze opcje. Zróbcie sobie listę takich rzeczy, których będziecie potrzebowali na start i poszukajcie przykładowych cen w internecie, zsumujcie wszystko i porównajcie z ceną paczki. Domyślam się, że na terenie UE paczka zawsze wyjdzie korzystniej i do tego nie musicie biegać po sklepach i drogeriach pierwszego dnia.

7. Spakuj się z głową i trochę z sercem
Pieniądze odłożone, research zrobiony, bilety lotnicze czekają. Pozostało Wam się tylko spakować. Przygotujcie sobie wszystko wcześniej, nie zapomnijcie wyprać swoich rzeczy przed przeprowadzką (nikt nie chce zostawić swojej ulubionej bluzy w koszu na pranie), zostawcie sobie wygodne rzeczy na podróż. Zabierzcie wszystko co będzie Wam potrzebne, ale nie zapominajcie o czymś co sprawi, że poczujecie się jak w domu. Szczególnie jeśli jesteście w obcym kraju. Ulubiony kubek do kawy, mała poduszka, maskotka czy ramka ze zdjęciem - warto zabrać ze sobą coś co sprawi, że wasze nowe miejsce zamieszkania nie będzie dla Was aż tak obce. Ja na początku moje przygody na emigracji zabrałam ze sobą małą maskotkę świnkę, którą dostałam od bliskiej mi osoby. Teraz lata też ze mną ulubiony kubek na herbatę. Warto zabrać ze sobą coś sentymentalnego co załagodzi nieco tęsknotę za domem.

A jak Wy wspominacie swoje przeprowadzki? Czekam również na Wasze porady!


Pożegnanie z Hiszpanią

Pożegnanie z Hiszpanią


Dzisiaj jest mój ostatni dzień w Hiszpanii. Po prawie pół roku życia na Costa del Sol nadszedł czas na zmiany. Jutro z samego rana wsiadamy z chłopakiem do samolotu i opuszczamy krainę słońca. Szczerze mówiąc jestem zaskoczona jak bardzo mi z tego powodu przykro. Chociaż jestem podekscytowana przeprowadzką i zmianami jakie nadchodzą to podczas tych ostatnich dni pobytu zdałam sobie sprawę jak wielu rzeczy będzie mi brakować i jak bardzo przywykłam do tutejszego stylu życia, chociaż nie do końca mi on odpowiada.

Za czym będę tęskniła najbardziej?

  • Oczywiście za rodziną i moimi ukochanymi psiakami. 
  • Za słońcem, szczególnie tym jesienno-zimowym, które sprawia, że mogę pisać tego posta siedząc w ogrodzie ubrana jedynie w sweter. W końcu to niemożliwe przy naszym polskim klimacie. 
  • Za uśmiechniętymi, serdecznymi ludźmi. 
  • Za przepysznym jedzeniem, za serami, szynkami i kuchnią mamy mojego chłopaka.
  • Za codziennym chodzeniem na basen latem.
  • Za palmami - kocham palmy!
  • Za chodzeniem w trampkach przez cały rok i za 20 stopniami w styczniu. 
  • Za białymi domkami na tle bezchmurnego nieba. 


A co chętnie zostawię za sobą? 

  • Witanie się z każdym poprzez całusy w dwa policzki. Z każdym. Zawsze.
  • Sklepy zamknięte od 13.30 do 17.30. Bo siesta. 
  • Luźne podejście do czasu i umówionych terminów. Wyjątkowo irytujące po przyzwyczajeniu się do brytyjskich standardów obsługi klienta m.in. w bankach.
  • Pogaduszki z każdą napotkaną osobą. Szczególnie odczuwalne w małych miastach. Zawsze znajdzie się ktoś znajomy, kto musi zapytać o twojego kuzyna ze strony ojca, którego nie widziałeś od trzech lat i milion innych spraw. 


W ogóle te kilka miesięcy tutaj uświadomiło mi jak bardzo odmienna jest kultura hiszpańska od polskiej. Wiadomo, że nie jest to ogromny szok, ale duże trudniej było mi się przyzwyczaić do zwyczajów panujących tutaj niż w Szkocji. I pomimo faktu, że nie wyobrażam siebie na ten moment życia w tym kraju to i tak na zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu. I kto wie, może zdecyduję się na emeryturę pod słońcem Andaluzji?

Bullet Journal - rozkład na 2018 rok

Bullet Journal - rozkład na 2018 rok


Z ideą bullet journali spotkałam się po raz pierwszy ok. 2 lata temu.Wtedy były one jeszcze trochę niszowe i w większości bardzo, bardzo zdobne. Przez rok podziwiałam te wszystkie misterne zdobienia, kaligrafię i śliczne rysunki, aż w grudniu 2016 postanowiłam stworzyć swój własny dziennik. Nie wytrwałam nawet miesiąca. Tak bardzo chciałam dorównać instagramowym journalom, że odebrało mi to całą przyjemność z tworzenia. Próbowałam wrócić do BuJo kilkukrotnie w ciągu roku, ale nic z tego nie wychodziło.
Przez ostatni rok bullet journale zawojowały blogosferę, a co za tym idzie pojawiła się też dużo większa różnorodność. Mnóstwo blogerek pokazało, że dzienniki mogą być duże, małe, kolorowe, czarno-białe, proste albo bardzo ozdobne - czyli zgodne z założeniem BuJo. Twój dziennik ma być dostosowany do Ciebie, a nie odwrotnie. Od stycznia z nowym podejściem do sprawy, zaczęłam projektować swój nowy bullet journal na 2018 rok. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać efekty mojej pracy.

Czego potrzebujesz do prowadzenia bullet journala?

W wersji podstawowej - naprawdę niewiele. Właściwie możesz poprzestać na zeszycie i długopisie. A jeśli zależy Ci na prostych liniach to dorzuć jeszcze liniję i jesteś gotowa!
W wersji zaawansowanej - mazaki, zakreślacze, brush peny, kolorowe cienkopisy, washi tape i czego jeszcze dusza zapragnie. Są to tylko dodatki, ale jeśli lubisz, aby twój dziennik był kolorowy to na pewno warto kupić sobie jakieś dodatkowe artykuły piśmiennicze.


Moj podstawowy zestaw to: chyba najpopularniejszy notes, czyli Leuchtturm1917 w rozmiarze A5. Wybrałam wersję ze stronami w kropki. Mój poprzedni notes był gładki i narysowanie prostej linii albo tabelki zajmowało 3 razy więcej czasu. Do tego linijka, zwykły czarny długopis, cienkopisy marki Staedtler i zwykłe zakreślacze z Biedronki. Do tego czasem ołówek i gumka do ścierania. Wszytko (oprócz notesu) miałam już wcześniej w domu.
Czy rozszerzę z czasem swoją kolekcję? Pewnie tak. Już powoli zerkam na brush peny. Ale wierzcie mi, że aby zacząć naprawdę nie musicie wykupić połowy sklepu papierniczego.

Mój rozkład na 2018 rok

Założyłam sobie, że ten rok będzie dla mnie rokiem testowym. Sprawdzam powoli jakie strony będą się u mnie sprawdzały, a jakie nie. Nie zamierzam się przejmować pustymi tabelkami i niewypełnionymi stronami - będą dla mnie najlepszą lekcją na przyszłość. Kiedy na kartce papieru wypisywałam pomysły na strony w journalu z początku chciałam zrobić milion list i trackerów. Koniec końców zminimalizowałam moją listę. W końcu największą zaletą BuJo jest możliwość dodania czegoś później. Oto jak prezentuje się mój rozkład na 2018 rok.

Urodziny i cele na 2018 rok



Pierwsza strona jaką rozrysowałam to urodziny. Moja pamięć jest jak sitko. Nie zliczę ile razy zdarzyło mi się zapomnieć o czyichś urodzinach. Podejrzewam, że część znajomych mam jeszcze tylko dzięki przypomnieniom facebooka. Układ tej strony jest bardzo prosty, ale fantastycznie spełnia swoje zadanie!

Na kolejnej stronie znajdują się moje cele na ten rok, mam nadzieję, że dzięki temu uda mi się w tych postanowieniach wytrwać.

Future log



Kolejne cztery strony mojego dziennika to tzw. future log, czyli po porostu miejsce, w którym mamy podgląd całego roku. Możemy tu wpisywać wydarzenia, które zdarzą się za kilka miesięcy, ale są już zaplanowane, np. wyjazdy, urlop czy spotkania albo projekty.

Planer blogowy



Kolejne strony to mój całoroczny planer blogowy. Pod koniec każdego miesiąca staram się planować posty na kolejny. Przy odpowiednim dniu wpisuję temat posta, natomiast ta mała tabelka po prawej pozwala mi na kontrolowanie postępów w pracy nad postami. Litery oznaczają po kolei: tekst, zdjęcia, linki i publikacja. Ten system planowania podpatrzyłam u Lily Pebbles.

Pomysły na posty



Na moje pomysły na posty przeznaczyłam kolejne dwie strony. Nie próbowałam nawet ozdabiać tej strony, ani robić tabelki - wystarcza mi zwykła lista, która zbierze wszystkie moje pomysły w jednym miejscu.

Książki i filmy 



Kolejne listy, czyli książki, które chcę przeczytać i filmy, które chcę obejrzeć. Tym razem zaszalałam i zrobiłam mega proste tabelki z dwoma kolumnami. Przeczytanie lub obejrzane pozycje będę po prostu wykreślać lub odhaczać.

Ulubieńcy 



Moje ostatnie strony przed rozkładem na styczeń to mini tabelki na ulubieńców miesiąca i roku. Dlaczego są tam już miejsca na ulubieńców roku spytacie. Otóż okazuje się, że nie umiem policzyć do dwunastu i narysowałam za dużo okieniek, które chciałam jakoś skategoryzować. Plan jest taki aby przez cały rok wpisywać pod odpowiednim miesiącem ulubieńców, a potem z nich wybiorę najlepszych z najlepszych i stowrzę mini listy w wybranych kategoriach.

Tak w dużym skrócie prezentuje się mój bullet journal. Czy jest piękny - nie. Czy wszystkie strony mi się podobają - też nie. Ale jest mój, sprawdza się, jest użyteczny i pomaga mi w ogarnięciu wszystkiego co mam ogarnąć. I taki jest jego cel przynajmniej dla mnie. Pewnie z czasem moje strony będą ładniejsze - praktyka zawsze powoduje progres. Dlatego nie zrażajcie się krzywymi kreskami i brakiem brokatu. Jeśli wasz BuJo pomaga Wam w dotarciu do wyznaczonego przez Was celu to znaczy, że spełnia swoje zadanie.

A jakie jest Wasze zdanie na temat BuJo? Lubicie i używacie czy wręcz przeciwnie - uważacie go za stratę czasu?
Historia pewnej adopcji

Historia pewnej adopcji

Odkąd pamiętam uwielbiałam psy, chociaż nigdy nie byłam dzieckiem, które błagało rodziców o zwierzątko. Jednak, kiedy miałam 8 lat dołączył do nas włochaty kumpel. Śmialiśmy się z rodzicami, że to mój komunijny prezent, bo właśnie w dzień mojej komunii nasz pies się urodził. Rozkoszny biszkoptowy labrador imieniem Luksus spędził z nami 12 lat. Niestety pod koniec swego psiego życia mocno się pochorował i tylko uśpienie mogło ulżyć mu w cierpieniu. Bardzo długo przywyczajałam się do braku psa, mimo, że od jakiegoś czasu nie mieszkałam już w domu rodzinnym. Jeszcze trudniej było przyzwyczaić się mojemu tacie, który był głównym nadwornym "wyprowadzaczem" psa. Byłam wtedy pewna, że rodzice zdecydują się na kolejnego psa, ale lata mijały i temat przycichł. Ja w tym czasie zdążyłam wyprowadzić się za granicę i siłą rzeczy bywałam w domu rzadziej.

Od lipca mieszkamy z chłopakiem w jego domu rodzinnym, którego największą zaletą (poza wieloma innymi) są dwa psy. Nie spodziewałam się, że aż tak brakowało mi psiej miłości. Codziennie rozmawiając z rodzicami opowiadałam im o moich nowych psich znajomych i wszystkich śmiesznych rzeczach, które robią. Podczas jednej z naszych rozmów, w listopadzie, moja mama oświadczyła, że razem z tatą adoptują psa ze schroniska. Byłam w szoku! Oczywiście pozytywnym, ale taka decyzja bardzo mnie zaskoczyła. Okazało się, że moja mama zobaczyła na facebooku ogłoszenie ze schroniska i zwyczajnie zakochała się od pierwszego wejrzenia. Po niecałym tygodniu, spacerze próbnym i wypełnieniu papierów adopcyjnych nowy towarzysz był w domu. Ja poznałam go dopiero w grudniu, ale do dnia mojego przylotu dostawałam codziennie porcję nowinek i informacji na temat psiaka. 

1. Puchaty Pepe jeszcze w schronisku (wtedy o imieniu Gucio) I 2. Leniwa bułka I 3. Tak prosi o kabanosa i wszystko co nadaje się do zjedzenia 

Pepe, bo tak ma na imię był najlepszym prezentem jaki rodzice mogli sobie sprawić na święta. I uważam, że są też niesamowicie kompatybilni jeśli chodzi o zainteresowania ;) Piesek ma ok. 4 lata i jest raczej spokojnym domatorem. Uwielbia długie drzemki w swoim miękkim łóżeczku lub w kuchni na podłodze (+ 10 do psiego komfortu dzięki ogrzewaniu podłogowemu). W przerwach próbuje wyprosić kabanosa, wafelka, kanapkę czy nawet herbatę - cokolwiek co trzymacie w dłoni i nadaje się do spożycia. Uwielbia głaskanie, ale nienawidzi kotów. W czasie wolnym próbuje powoli uśmiercić naszą choinkę, poprzez systematyczne podpijanie wody z jej podstawki. Nie interesuje go gryzienie, niszczenie ani sikanie w domu. O nie! To jest bardzo dostojny kawaler :) Dla moich rodziców to pies idealny! Dzielnie drzemie z tatą w sobotnie popołudnia i towarzyszy mamie w kuchni podczas gotowania. 
Przez wiele długich lat myślałam, że kiedy w końcu zdecyduję się na psa to będzie to lablador, tak jak mój pierwszy, ukochany Luksus. Teraz wiem, że zdecyduję się na psa ze schroniska. Te zwierzęta naprawdę czekają na człowieka, który da im miłość, ciepły kąt i czułość. I potrafią odwiedzięczyć się za to miłością tak wielką, że jak na to patrzę to moje serce chce pęknąć na kawałki z nadmiaru słodyczy. 
Nie chcę nikogo namawiać na psa schroniskowego. Wiem, że niektórzy marzą o konkretnej rasie i to też jest w porządku. Pamiętajcie tylko o sprawdzeniu hodowli zanim kupicie psa. A jeśli nie myślicie o konkretnym psiaku to weźcie pod uwagę adopcje. W schroniskach czeka naprawdę mnóstwo zwierząt, których los może się dzięki Wam odmienić na zawsze. 

A Wy macie psy? Co sądzicie o adopcji ze schroniska?
Małe cele - styczeń 2018

Małe cele - styczeń 2018


Witajcie w nowym roku! Z roku na rok mam wrażenie, że czas tylko przyspiesza i ani się obejrzę, a mija kolejny miesiąc. Dlatego od teraz, zainspirowana postami Kasi z Worqshop i Ani z bloga Niebałaganka postanowiłam rozpocząć na moim blogu cykl "Małe cele". Czasem na realizację naszych planów musimy czekać miesiącami, a nawet latami zapominając o tych mniejszych celach, które koniec końców składają się przecież na te duże. Mam nadzieję, że dzięki tym wpisom uda mi się zmobilizować samą siebie i również Was do pracy nad swoimi marzeniami i małymi planami.

1. PRZEPROWADZKA
Już za dwa tygodnie czeka mnie przeprowadzka do Szkocji. Nie jest to moja pierwsza zagraniczna przeprowadzka, więc stres jest mniejszy, ale i tak chciałabym się tym razem dużo lepiej zorganizować. Czeka mnie pakowanie walizek i paczek oraz pozbywanie się nadmiaru rzeczy. Z pewnością będzie to wydarzenie, które zdominuje dla mnie styczeń i pewnie pojawi się tu wpis lub dwa o przeprowadzkach i jak się do nich przygotować.

2. BLOG 
W związku ze sporą zmianą jaka mnie czeka chciałabym jak najlepiej "ogarnąć" bloga jeszcze przed wylotem. Mam świadomość, że w Szkocji mogę mieć nieco mniej czasu zanim złapię nowy rytm, dlatego chciałabym rozplanować posty na styczeń i być może początek lutego i część z nich przygotować z wyprzedzeniem. Dobrze byłoby też wykorzystać znacznie dłuższe i słoneczne hiszpańskie dni i zrobić trochę zdjęć.


3. SOCIAL MEDIA
W całej tej blogowej przygodzie zabawa w social media idzie mi zdecydowanie najgorzej. Prywatnie Facebooka używam wyłącznie jako komunikatora, a Instagrama jako mini pamiętnika. Nigdy nie zależało mi na zdobywaniu obserwatorów - treści publikowałam wyłącznie dla siebie i ewentualnie znajomych, którzy chcieli podejrzeć co u mnie. Także takie sensowne, zaplanowane działania nie są moją mocną stroną. W styczniu chciałabym zastanowić się jak dotrzeć do odbiorców za pomocą mediów społecznościowych jakie mam i jakie treści chciałabym tam publikować.

4. BULLET JOURNAL
Przygodę z taka formą organizownia sobie czasu i życia zaczęłam już w zeszłym roku. Bardzo mi się spodobała, dlatego w tym roku chciałabym jeszcze bardziej się w to wkręcić i wykorzystać na maksa potencjał tej metody. W styczniu chciałabym przygotować podstawowe strony do planowania roku i oczywiście stycznia. Nie zdążyłam tego zrobić w grudniu, ponieważ mój notes do mnie nie dotarł, ale teraz cała naprzód!

A jakie Wy macie plany na styczeń? Dajcie znać w komentarzach - motywujmy się wzajemnie! 
Copyright © DailyAlexa , Blogger